płk dypl. Bronisław JAKIMOWICZ

Bronisław JAKIMOWICZ urodził się 14.08.1923 r. w Os. Murowanka pow. Nieśwież. 10.02.1942 r. wraz z rodziną deportowany na Syberią. Szlak bojowy żołnierza polskiego rozpoczął 18 maja 1943 r. w 1 Dywizji Piechoty im Tadeusza Kościuszki. Brał czynny udział w pierwszej linii bitwy pod Lenino, był plutonowym zastępcą dowódcy 2 plutonu 1 kompanii 1 bat. 2 pułku piechoty. Jesienią 1944 r. w Rzeszowie jako podporucznik, był dowódcą nieetatowej szkoły podoficerskiej 27 pp. 10 DP. Po jej rozwiązaniu, przed wyruszeniem na front został dowódcą 1 kompanii piechoty i zastępcą dcy ds. liniowych dowódcy batalionu. Wiosną 1945 r. uczestniczy w przygotowaniach do ofensywy. 31.03.1945 r. jego 27 pp 10 DP po południu ruszył forsownym marszem w kierunku Wrocławia. Marsz zakończył się w rejonie Prusic. Tu z żołnierzami kompanii spędził Święta Wielkanocne. W Prusicach kompania miała pierwsze zwycięskie starcie z Niemcami wycofującymi się spod Wrocławia. 4 kwietnia wyruszyli w kierunku Nysy Łużyckiej, by rankiem 10 kwietnia zluzować w Przewozie nad rzeką oddziały radzieckie. Opis dalszych działań załączam jako wspomnienia Pułkownika.

Po zakończeniu działań frontowych pozostał w zawodowej służbie wojskowej. Dowodził kolejno kompanią, samodzielnym batalionem, 39, 58 i 52 pz oraz był komendantem WKW Wrocław, szefem 6 i 10 oddziału Dowództwa Śląskiego OW, zastępcą szefa sztabu SOW. Pułkownik dyplomowany. Służbę zakończył w 1984 r., zasłużony działacz kombatancki – członek Dolnośląskiego Zarządu Wojewódzkiego ZKRPiBWP, aktywny popularyzator historii WP wśród młodego pokolenia. Autor licznych artykułów historycznych i wspomnieniowych. W 2005 r. opublikował książkę „Walczyłem pod Lenino”, a m.in. współautor dużej książki pt. „Barwy służby” wydanej na sześćdziesięciolecie ŚOW. Pracuje obecnie nad wspomnieniami z okresu powojennego. Odznaczony m.in. Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski, Krzyżem Zesłańców Sybiru, srebrnym medalem Zasłużonym na Polu Chwały, czechosłowackim Krzyżem Walecznych, licznymi orderami oraz medalami polskimi, rosyjskimi, białoruskimi i francuskim. Jest zasłużonym obywatelem dla miast Wrocławia, Poznania, województw opolskiego, zielonogórskiego i gorzowskiego.
Z okazji 95-lecia Urodzin składam Panu Pułkownikowi w imieniu żołnierskiej braci z Wrocławia serdeczne gratulacje i słowa uznania za dotychczasową aktywną pracę społeczną i życzę dobrego zdrowia.
płk (s) mgr Krzysztof Majer


Spotkanie Klubu Kawalerów Orderu Wojennego Virtuti Militari 15 maja 2010 r. /płk B. Jakimowicz trzeci od prawej w pierwszym rzędzie/

Wojenne wspomnienia

Nad ranem 16.04.1945 r. otrzymałem krótki rozkaz. – Do świtu nakarmić wojsko i o wschodzie słońca zwinąć całą kompanię na lewe skrzydło, przygotować się do wymarszu i czekać na rozkaz. Byłem pewny, że nareszcie idziemy na krótki odpoczynek. Ktoś nas podmieni i będziemy mogli porządnie umyć się i wyspać. Niestety, stało się inaczej. Kolejny otrzymany rozkaz brzmiał: – Maszerować szosą w kierunku południowym wzdłuż Nysy. Po przejściu 10 km przejmie was regulacja i skieruje w prawą stronę w kierunku Nysy. Rozkaz wykonałem, kompania zatrzymała się na dłużej na dużej leśnej polanie. Nie zdążyłem się dobrze zorientować jak przybiegł goniec od dowódcy batalionu z powiadomieniem. Natychmiast mam stawić się u dowódcy.
Nie jest dobrze pomyślałem. Tu nie chodzi żaden wypoczynek. Wyraźnie słyszałem odgłosy toczącej się walki za Nysą. Na zastanawianie się nie było dużo czasu . Pobiegłem za gońcem. Po przebiegnięciu kilkudziesięciu metrów, u wylotu głębokiego wąwozu, na skraju lasu, zobaczyłem z daleka stojącego dowódcę pułku, pułkownika gwardii Kusznierowa i jego szefa sztabu, majora Sujecina (Rosjanie) i swojego dowódcę batalionu, por. Ronina.
Zameldowałem się u dowódcy pułku, prosząc o pozwolenie zwrócenia się do dowódcy batalionu. – Niet. – Padła odpowiedź. – Ja Tobie sam postawię zadanie bojowe. Patrz tam – wskazał ręką – przed nami rzeka Nysa. Słyszysz na pewno strzelaninę. To batalion kapitana Betleja tam walczy. Ty i Twoja kompania pójdziesz mu na pomoc. O, tym okopem dojdziesz do rzeki, tam też są okopy. Rozwiniesz kompanię w prawo i natychmiast z marszu sforsujesz rzekę w bród i nie czekając, z miejsca zaatakujesz germańca. Po przełamaniu jego obrony, nacieraj tak głęboko jak dojdziesz. O tu, patrz na mapę, na tym skrzyżowaniu dróg spotkasz się z kpt. Betlejem. Dalsze zadania przekażemy. Zadanie zrozumiałeś. – Tak jest, obywatelu pułkowniku gwardii.
Nowe, bardzo trudne zadanie podziałało na minie, jakby ktoś mnie uderzył kijem w głowę. To wszystko nastąpiło tak nagle i niespodziewanie. Zamiast odpoczynku, idziemy do bezpośredniego natarcia bez żadnego przygotowania pod każdym względem. Cel, to znaczy forsowanie przeszkody wodnej bez żadnego przygotowania, dobrze już znałem. Zapamiętałem do końca życia forsowanie z marszu rzeczki Miereii pod Lenino. Nie było żadnego innego wyjścia, jak przystąpienie do natychmiastowego wykonania otrzymanego zadania. Zastanawiałem się tylko, dlaczego to zadanie spadło na moją pierwszą kompanię.
Kiedy po postawieniu zadania odmeldowałem się dowódcy pułku, pułkownik Kusznierow podszedł do mnie, wyglądał całkiem inaczej jak przed chwilą. Podał mi rękę i powiedział: „Smatri synok budiet oczeń garaczo” (będzie bardzo gorąco). Potem pochylił się i mocno mnie przytulił.
Poprowadziłem swoją kompanię do przedniego skraju obrony, który stanowił podstawę wyjściową do natarcia. Wydałem dowódcom plutonu krótki rozkaz i poderwałem do forsowania Nysy. Do lustra wody z podstawy wyjściowej nie było więcej jak 10 metrów, jeden większy skok i byliśmy już w wodzie. 16 kwietnia nawet przy słonecznej pogodzie kąpiel w zimnej wodzie nie należała do przyjemności. Ale na rozmyślanie, czy zastanawianie nie było czasu. Niemcy zobaczyli, co się dzieje i otworzyli huraganowy ogień. Natomiast z naszej strony nie padł ani jeden strzał. Nie było żadnego wsparcia ogniowego. Od bardzo dużych strat uratowało nas to, że rzeka nie była zbyt szeroka i głęboka.
Niemcy z otwarciem ognia nieco się spóźnili. Kiedy rozpoczęli ostrzał artyleryjski, moja kompania była już w połowie rzeki i zbliżała się do przeciwległego, bardzo wysokiego brzegu. To on osłaniał nacierających, byliśmy jak gdyby w martwym polu. Nie oznacza to bynajmniej, że nie ponieśliśmy strat. Padli pierwsi zabici i ranni, utopiło się trochę rannych, na dno poszła część sprzętu. Szczególnie dotkliwą stratą było zatopienie podstaw do ciężkich karabinów maszynowych i ich tarcz ochronnych.
Można się tu zastanawiać, jak to się stało i dlaczego bez żadnego przygotowania rzucono żołnierzy na pewną śmierć, nie pomyślano wcześniej o zbudowaniu jakiejś kładki, czy przygotowaniu chociaż kilku łodzi, by możliwe było udzielenie pomocy rannym. Dlaczego nie wystrzeliło żadne, nawet najmniejszego kalibru działo? Do dziś pozostaje to niewyjaśnione.
Zbliżając się do drugiego brzegu, wiedziałem jedno, żadnego odwrotu nie ma, od mojej stanowczości i mądrego działania zależy być albo nie być. Dobrze wiedziałem, że jestem lubiany przez moich chłopców, że oni pójdą za mną nawet ogień, więc na nich mogłem liczyć. Tylko brawurowy atak mógł nas uratować. Dobrnęliśmy szczęśliwie do brzegu, trochę było trudności z wdrapaniem się na wysoki śliski brzeg, ale poradziliśmy sobie i z tym. Zdałem sobie sprawę, że nie wolno pod żadnym pozorem dopuścić, by wojsko zaległo na brzegu. To oznaczało przewagę Niemców i czekało nas zepchnięcie z powrotem do rzeki.
Wyskoczyłem z wody jako jeden z pierwszych. Kiedy już nas było kilkudziesięciu, głośną komendą zawołałem – Za mną do ataku, naprzód. Niemcy nie wytrzymali i zaczęli wycofywać się w głąb lasu. Natarcie rozwijało się pomyślnie, nikt się nie zatrzymywał. Nie można było dopuścić, by wojsko po zdobyciu przedniego skraju obrony się zatrzymało. I to się powiodło .Dopiero głębiej natknęliśmy się znów na silny opór Niemców.
Na tym etapie walki doceniłem swoją praktykę w zakresie zachowań w bezpośrednim starciu z przeciwnikiem. Wiedziałem, że teraz szarżować już nie wolno. Rozpoczęło się normalne natarcie. Miałem możność obserwowania w jak umiejętny sposób dowodził plutonem ppor. Sielicki i dowódca plutonu CKM ppor. Jan Jankowski. To właśnie jego kapral Busłowicz, mający w obsadzie CKM brata i szwagra – po ich śmierci – sam, mając taśmę z nabojami, siał zamęt wśród Niemców.
W pewnym momencie ktoś rzucił granat do zamaskowanego polowego bunkra. Wyszło z niego dwóch Niemców. Jednego musiał ktoś trafić, a do drugiego dobiegł kpr. Busłowicz i z całej siły uderzył pięścią w twarz. Niemiec upadł na ziemię. Dobiegłem wraz z swoim ordynansem, Tadeuszem Natalim, i odsunąłem kaprala, by nie dopuścić do egzekucji. Tadek pochylił się nad leżącym Niemcem, zabrał mu krótką broń i ładny mapnik, który mam do dziś wśród swoich pamiątek. W mapniku była dużych rozmiarów mapa i niemiecki otwieracz do konserw ze swastyką, który też do dzisiaj posiadam. Niemiec najprawdopodobniej był oficerem.
Walka trwała przez cały czas, powoli zapadał zmierzch. Niemcy wycofując się podpalili las. Działania powoli ustawały. Gdzieś około północy wyszliśmy na dużą polanę w lesie. Byliśmy około 5 km od Nysy. Nigdzie nie napotkałem kpt. Betleja, ani jego batalionu. Dalsze pchanie się do przodu, bez łączności z dowódcą batalionu i swoimi za Nysą, uznałem za niebezpieczne. Zaczynało brakować amunicji i należało okazać pomoc rannym, nie mówiąc już, że od rana nic nie jedliśmy. Uznałem za stosowne wstrzymanie dalszego natarcia i zajęcie półkoliście obrony. W pewnym momencie przybyli do mnie dowódca 2 kp ppor. Czerniak i ppor. Kuryło, dowódca 3 kp naszego batalionu. – Słuchaj Bronku, ty tu jesteś najstarszy, zastępujesz Ronina, decyduj co mamy robić dalej. Mamy dużo rannych, zaczyna brakować amunicji, nie mamy łączności ze swoimi. Prawdopodobnie znów mamy z tyłu Niemców. Decyduj. Poprosiłem kolegów, by bliżej mnie zorientowali, gdzie znajdują się ich kompanie.
W takiej sytuacji podjęcie decyzji było bardzo trudne. Po naradzie z pozostałymi dowódcami kompanii, podjąłem ją. Rozpoczęliśmy planowane, zorganizowane wycofywanie się. Pomocne okazało się nawiązanie w ostatniej chwili radiowej łączności z mjr. Sulęcinem, szefem sztabu pułku. Kiedy usłyszał mój głos w radiostacji, krzyknął – gdzie ty jesteś, żyjesz. Od niego dowiedziałem się, że batalion kpt. Betleja wycofał się jeszcze wczoraj wieczorem. Potwierdził, że z tyłu na Nysie są z powrotem Niemcy.
Napierającej masy wycofujących się naszych żołnierzy Niemcy nie byli w stanie zatrzymać. Szczęśliwie sforsowaliśmy Nysę i nawiązaliśmy kontakt ze swoimi. Kiedy zobaczyłem w bunkrze swojego dowódcę batalionu, to miałem przed sobą całkiem innego człowieka niż poprzedniego dnia. Cały posiwiał, twarz zrobiła mu się jakaś ciemna. Trzymał w ręku słuchawkę telefoniczną i bez przerwy powtarzał słowo „dzicze”, co ono oznacza nie wiem do dzisiaj. Widać było, że musiał przeżyć ostatnio bardzo ciężkie chwile.
Po latach dowiedziałem się, że mieli ciężką przeprawę z dowództwem sowieckim. Kpt. Betlej przesunął wtedy do przodu swoje parabellum, na szczęście nie doszło do jej użycia.
Na drugi dzień poszliśmy do ponownego natarcia w tym samym miejscu. Było ono jeszcze bardziej tragiczne. Włamanie było jeszcze płytsze jak pierwszego dnia. Niemcy stawiali nieporównanie twardszy opór. W końcu nasze natarcie się załamało. Wojsko w chaotyczny sposób zaczęło się wycofywać. Moja pierwsza kompania, która znowu najbardziej wysunęła się do przodu wycofywała się jako ostatnia. Niemcy siedzieli jej prawie na plecach. Dobiegając do Nysy, żołnierze bez zatrzymywania wskakiwali do wody. Na samym brzegu zobaczyłem stojący CKM, obok leżał zabity żołnierz, kilka kroków dalej, wtulony w wykop ziemi kucnął młody żołnierz trzęsący się ze strachu. CKM był załadowany. Niemcy coraz szybciej zbliżali się do rzeki. Dobrze wiedziałem, że moi chłopcy nie zdążą dojść do brzegu i zostaną wybici do nogi, nim dążą dojść na zbawczy brzeg.
Nie zastanawiając się długo, dopadłem CKM i krzyknąłem do żołnierza – trzymaj taśmę – usłuchał. Karabin maszynowy należał do kompanii CKM kpt. Rozmusa z naszego batalionu. Skierowałem lufę CKM w stronę nacierających Niemców i oddałem jedną, a potem następną serię. Niemiecka tyraliera zatrzymała się. Moja kompania powoli zbliżała się do brzegu Nysy. Kiedy moi pierwsi żołnierze dotarli na brzeg, oddałem jeszcze jedną serię, ale sam otrzymałem postrzał. Krzyknąłem do towarzyszącego mi żołnierza – wskakuj natychmiast do rzeki i czekaj na mnie. Jeszcze przez chwilę prowadziłem ogniowy pojedynek z Niemcami. Wyjąłem zamek od CKM i wskoczyłem do wody. Było już późno na planowe wycofanie się. Niemcy byli już na brzegu Nysy. Nie mając innego wyboru, odszedłem pod osłoną stromej skarpy brzegu kilkanaście metrów, i będąc po pas w wodzie, znalazłem schronienie pod starą wierzbą pochyloną nad lustrem wody. Jeszcze raz udało mi się.
Nie powiodło się też zaplanowane trzecie natarcie. Dopiero w innym miejscu natarcie miało szansę powodzenia. Ktoś za poniesione straty w dotychczasowych działaniach musiał ponieść odpowiedzialność, oczywiście nie na szczeblu batalionów czy nacierających kompanii. Żaden z sowieckich oficerów nie zanurzył nawet butów w Nysie. Później pułk przełamał obronę niemiecką, ale zapłacił za to ogromną cenę. W 27 pp zginęli wszyscy dowódcy batalionu: kpt. Stanisław Paszko, kpt. Stanisław Betlej i mjr Michał Matwiejczuk.
Z mojej 1 kp zdolność bojową utraciło 100 % oficerów. Na polu chwały polegli dowódcy plutonu: ppor. Kazimierz Sielicki, ppor. Stanisław Roliński, ppor. Eugeniusz Rygień. Ranni zostali: ppor. Jan Malski, chor. Jan Jankowski, no i ja. Kiedy po opuszczeniu szpitala wróciłem do swojego batalionu, z mojej 1 kp pozostał tylko szkielet.
Zwycięstwo zbyt dużo kosztowało, by dzisiaj o tym zapomnieć. Przecież ofiara złożona przez żołnierza nie poszła na marne, mamy wolność, a ludzie żyją dostatnio i szczęśliwie.
Kończąc swoje wspomnienia, pragnę zaznaczyć, że nie ma dobrych wojen. Każda jest zła, zabija się ludzi i niszczy ich dorobek. Niemniej jestem dumny, że dane mi było brać czynny udział w wyzwoleniu naszej Ojczyzny.
Wrocław 16.01.2010 r.

Komentarze są wyłączone.